Читать онлайн "Akademia Pana Kleksa" автора Brzechwa Jan - RuLIT.Net - Страница 14

 
 
     




Fabryka skladala sie z dwunastu olbrzymich budynkow o przezroczystych murach i oszklonych dachach. Z daleka juz mozna bylo rozpoznac potezne kola maszyn, ktorych stukot donosnym echem rozlegal sie po calej okolicy.

Gdy weszlismy do pierwszej hali, o malo nas nie oslepily snopy roznokolorowych iskier, tryskajacych z pasow transmisyjnych, elektrycznych swidrow i tokarek.

Maszyny staly dlugimi szeregami w kilka rzedow, inne zawieszone byly na linach i dzwigach, przy wszystkich zas uwijaly sie tlumy robotnikow ubranych w skorzane fartuchy i helmy o czarnych szklach.

Praca wrzala, a loskot maszyn i narzedzi zagluszal slowa inzyniera Kopcia, ktory tlumaczyl cos i objasnial piskliwym glosem.

Zdolalem doslyszec jedynie tyle, ze w hali tej wyrabiane sa dziurki od kluczy, dziurki w nosie i dziurki w uszach, jak rowniez inne jeszcze dziurki mniejszego kalibru.

Przygladalismy sie z ogromnym zainteresowaniem pracy maszyny i podziwialismy niezwykla wprawe tokarzy, ktorzy za jednym obrotem kola otrzymywali dziesiec do dwunastu przeslicznie wykonczonych dziurek.

Gotowe wyroby wrzucali do malych wagonikow, a po napelnieniu chwytaly je specjalne ruchome dzwigi i przenosily do skladu w sasiednim gmachu.

Pan Kleks zblizyl sie do jednego z wagonikow, wyjal z nosa obie zuzyte swoje dziurki, wybral sobie dwie nowe, dopiero co utoczone, i wlozyl je do nosa na miejsce starych. Wygladaly slicznie, polyskiwaly polerowanymi brzegami i widzielismy, z jaka przyjemnoscia pan Kleks raz po raz wyciera nos.

Pamietajac o zakazie inzyniera Kopcia musielismy nieustannie pilnowac Alfreda, gdyz mial ogromna sklonnosc do dlubania w nosie i co chwila odruchowo wyciagal palec, aby podlubac nim w dziurkach obrabianych przez tokarzy.

W nastepnych halach fabrycznych wyrabiane byly dziury i dziurki wiekszych rozmiarow, a wiec dziury na lokciach, dziury w moscie, a nawet dziury w niebie. Te ostatnie byly szczegolnie duze i maszyny, na ktorych je toczono, wystawaly wysoko ponad dach fabryki, a robotnicy pracujacy przy nich musieli. wspinac sie po olbrzymich rusztowaniach.

Dziury na lokciach i na kolanach mialy przeslicznie strzepione brzegi i wymagaly szczegolnej starannosci robotnikow. Pan Kopec pokazal nam rozne pomyslowe rysunki i wzory, podlug ktorych mlodzi inzynierowie wycinali formy sluzace do wyrobu tych dziur.

W jednym z pawilonow fabrycznych miescila sie sortownia, gdzie mnostwo doswiadczonych majstrow zajetych bylo kontrola, pomiarami i sprawdzaniem gotowych juz dziur i dziurek. Popekane, zle wypolerowane, wygiete i uszkodzone dziurki wrzucano do duzych kotlow, gdzie przetapiano je ponownie.

W ostatniej hali miescila sie pakownia. Tam specjalne robotnice wazyly dziury i dziurki na duzych wagach i pakowaly je do piecio- i dziesieciokilowych skrzynek.

Inzynier Kopec podarowal nam dwie skrzynki dziurek do obwarzankow.

Po powrocie do Akademii pan Kleks upiekl duzo slodkiego waniliowego ciasta i z dziurek tych narobil dla nas mnostwo znakomitych obwarzankow, ktorymi zajadalismy sie przez caly wieczor.

Bylismy wszyscy zachwyceni urzadzeniem fabryki, nie moglismy wprost oderwac oczu od elektrycznych swidrow rozpalonych do czerwonosci, od tokarek i wszelkiego rodzaju narzedzi, ktorych nazw nie znalismy wcale.

Gdy opuscilismy fabryke, bylo juz prawie ciemno. Z oddali widzielismy przez szklane mury fontanny iskier niebieskich, zielonych i czerwonych, ktore oswietlaly cala okolice jak fajerwerki.

- Z tych iskier mozna by przyrzadzac doskonale kolorowe potrawy - zauwazyl pan Kleks.

Inzynier Kopec towarzyszyl nam az do przystanku tramwajowego, opowiadajac przerozne historie ze swego zycia.

Okazalo sie, ze w chwilach wolnych od zajec w fabryce inzynier wystepuje w cyrku jako linoskoczek, aby nie wyjsc z wprawy w owijaniu jednej nogi dookola drugiej.

Gdy znalezlismy sie przy koncu ruchomego chodnika, tramwaj stal juz na przystanku i cierpliwie czekal. Byl to woz wyleczony swego czasu przez pana Kleksa, dlatego na nasz widok zazgrzytal z radosci kolami i nie chcial bez nas ruszyc z miejsca.

Inzynier Kopec pozegnal sie z nami bardzo serdecznie, niektorych z nas polaskotal swoja kozia brodka, po czym chwile jeszcze rozmawial z panem Kleksem w jakims nieznanym jezyku, zdaje sie, ze po chinsku, gdyz jedyny wyraz, ktory zrozumialem, bylo to nazwisko doktora Paj-Chi-Wo.

Wreszcie wsiedlismy do tramwaju, ktory niezwlocznie ruszyl. Pan Kleks, pragnac uniknac scisku, pozostal na zewnatrz i szybowal obok w powietrzu.

Przez jakis czas jeszcze widzielismy stojacego na przystanku inzyniera Kopcia. Pozaplatal palce obu rak w warkoczyki i machal nimi z daleka na pozegnanie. W ciemnosciach wieczoru, na tle luny bijacej od fabryki, dluga jego postac siegala az pod samo niebo.

Dopiero gdy tramwaj skrecil w ulice Niezapominajek, stracilismy inzyniera Kopcia z oczu. Niebawem wjechalismy na samograjacy most, ktory tym razem odegral na trabkach marsz muchomorow.

Pan Kleks, chcac widocznie wyprobowac swoje nowe dziurki w nosie, wtorowal mostowi nucac melodie przez nos.

Gdy dojechalismy do placu Czterech Wiatrow, bylo juz zupelnie ciemno, dlatego tez pan Kleks rozdal nam plomyki swiec, ktore przechowywal w kieszonce od kamizelki, i w ten sposob dotarlismy wreszcie poznym wieczorem do naszej Akademii.

W domu czekala nas przykra niespodzianka.

Wszystkie pokoje, sale, pomieszczenia i przejscia opanowane byly przez muchy.

Nieznosne te owady, korzystajac z nieobecnosci domownikow, wdarly sie przez otwarte okna do wnetrza domu, obsiadly wszystkie przedmioty i sprzety, niezliczonymi rojami unosily sie i brzeczaly w powietrzu i z cala wlasciwa im natarczywoscia rzucily sie na nas. Wdzieraly sie do ust i nosow, wpadaly do oczu, kotlowaly sie we wlosach, klebily sie czarnym rojowiskiem pod sufitami, w katach, na piecach i pod stolami. Na to, by przejsc z pokoju do pokoju, trzeba bylo zamykac oczy, wstrzymywac oddech i opedzac sie od nich obiema rekami. Nigdy dotad nie widywalem takiego najscia much.

Lecialy w bojowym szyku, jak wielkie eskadry samolotow, formowaly sie w klucze, w czworoboki, w pulki i nacieraly z brzekiem przypominajacym odglos wojennych trab. Wodzowie wyrozniali sie rozmiarami skrzydel, wojowniczoscia i odwaga. Bolesne uklucia, zadawane mi przez te kasliwa nawale, wskazywaly na to, ze walka prowadzona jest na smierc i zycie. W pewnej chwili do pokoju, przez ktory usilowalem przebiec, wleciala z glosnym brzekiem krolowa much, szybkim bzyknieciem wydala kilka krotkich rozkazow swoim wodzom, wbila mi zadlo w nos i pomknela na inne pole walki.

Swiatlo lamp nie moglo przedrzec sie przez te czarna, wirujaca w powietrzu chmure. Chodzilismy po omacku, depczac i zabijajac cale chmary obsiadajacych nas zewszad much, ale wcale ich przez to nie ubywalo.

Nie pomoglo rowniez wymachiwanie chustkami i recznikami. Na miejsce zabitych much pojawialy sie nowe i nacieraly na nas z wiekszym jeszcze natrectwem.

Pan Kleks, ktory dotad - fruwajac po pokojach - prowadzil z muchami zacieta walke, opadl wreszcie z sil, zalozyl noge na noge i wiszac w powietrzu, zamyslal sie gleboko. Muchy w jednej chwili obsiadly go w takiej ilosci, ze nie bylo go wcale spoza nich widac.

Wreszcie pan Kleks stracil cierpliwosc. Wyplynal szybko przez okno i po paru minutach wrocil niosac w palcach pajaka - krzyzaka. Przylozyl don powiekszajaca pompke i pajak szybko zaczal sie powiekszac. Gdy byl juz wielkosci kota, pan Kleks wzbil sie wraz z nim w gore i umiescil go na suficie. Niebawem ujrzelismy mnostwo nitek zwieszajacych sie z sufitu az do podlogi, a po kwadransie olbrzymia pajeczyna przedzielila pokoj na dwie czesci. Setki i tysiace much, cale ich zgielkliwe roje wpadaly w nastawione sieci, ale nic nie bylo w stanie oslabic ich walecznosci i bojowego ducha. Pajak rzucal sie zarlocznie na zlowione w pajeczyne muchy, pozeral ich szturmujace oddzialy, wysysal z nich wszystkie soki, miazdzyl je i tratowal wielkimi wlochatymi lapami, ale po krotkim czasie tak juz sie nimi nasycil, ze dzialanie powiekszajacej pompki ustalo. Pajak zaczal sie zmniejaszac, wrocil do swej normalnej wielkosci, zmniejszyla sie rowniez jego pajeczyna i muchy w jedno okamgnienie rozszarpaly go na strzepy, mszczac sie w ten sposob za kleske swych towarzyszek. Krolowa much uniosla z soba jako trofeum krzyz, zdarty niby skalp z plecow pajaka.

     

Загрузка...

 

2011 - 2014


@Mail.ru